Krzysztof Chmielnik
Naukowcy wciąż nie wymyślili dobrej definicji ani dla innowacji, ani dla innowacyjności. I choć wciąż ktoś coś innowacyjnego wymyśla, to wciąż nie bardzo wiadomo, czym owo wymyślanie jest.
INNOWACJE - Lodowa góra innowacyjności
Nim zaczniemy definiować innowacyjność, musimy najpierw o niej poczytać. Ale nie teksty terroryzujące nas semantycznie „starymi" definicjami, ale teksty o istocie ludzkiej osobowości oraz o społecznych kontekstach innowacji. W nich bowiem kryje się wiele tajemnic niedających się wtłoczyć w paragrafy mądrze brzmiących instrukcji służących do wypełniania licznych rubryczek, za pomocą których pragniemy włamać się do unijnej kasy.
Mnie najbardziej przypadły do gustu dwie publikacje polskiego psychologa, Józefa Kozieleckiego. Pierwsza to „Koncepcje psychologiczne człowieka". Jedna z nich, zwana kognitywną, opisuje człowieka jako obdarzonego przez naturę potrzebą „cogito", co wcale nie oznacza „myślę", lecz „poznaję", „poszukuję". A znane „cogito ergo sum" należałoby zatem przetłumaczyć na: „poznaję, więc jestem". Wedle Kozieleckiego każdy z nas ma w sobie instynkt pytania, poszukiwania i odkrywania. Ta intelektualna przypadłość towarzyszy nam od dziecka i jest główną sprężyną naszego intelektualnego rozwoju. Potem na skutek przystosowania się do społecznych ról ów dar jest ograniczany, a nawet marnotrawiony.
W drugiej z książek Kozieleckiego „Transgresja i kultura" można przeczytać, że transgresja to przekraczanie granic, a zatem łamanie jakichś kulturowo ustanowionych norm. Kultura to także pojęcie o dużym ładunku abstrakcji. Według jednego z socjologów istnieje co najmniej 156 definicji kultury. Z definicyjnego punktu widzenia twórczość należy do części kultury zwanej przez socjologów symboliczną, a relacje społeczeństwo - innowator do kultury bytu.
Jak pisze Kozielecki: w naszym twórczym życiu mamy do czynienia z transgresją typu „P" i transgresją typu „H". Pierwsza to wynalazczość indywidualna, czyniona na własny użytek. To odkrycia i wynalazki, jakie robimy rozwiązując tysiące codziennych problemów. Każda rzecz zrobiona przez nas pierwszy raz na podstawie własnego pomysłu jest taką transgresją typu „P". Nikt z nas tego rodzaju kreacji nie uważa za wynalazczość, mimo że z psychologicznego punktu widzenia przekroczyliśmy barierę własnej niewiedzy. Ten rodzaj innowacji każdy traktuje naturalnie jako oczywistość, a społeczeństwo dosyć chętnie akceptuje.
Transgresja typu „H" ma wymiar historyczny i jest pierwsza nie w skali indywidualnej, ale szerszej - społecznej, a nawet globalnej. Wynalezienie tranzystora, odkrycie penicyliny, wymyślenie praw przez Newtona to przykłady takich transgresji. Ten rodzaj innowacyjności dotyczy „wybranych". Zarówno podmiotów, jak i przedmiotów. To niestety tworzy podział na zwyczajnych i nadzwyczajnych wynalazców. Taki podział rodzi społeczne napięcia, a innowator typu „H" staje się zazwyczaj wrogiem społeczeństwa. Tym większym, im bardziej jego innowacja jest innowacyjna.
Podział na te dwa typy innowacyjności nie jest taki oczywisty. W dzisiejszym świecie mamy raczej podział na innowacyjność chronioną prawem i innowacyjność pozbawioną takiej ochrony. Jakość innowacyjna w takim podziale wiąże się nie tyle z wysiłkiem intelektualnym, co z prawnym do niego dostępem. Innowacyjność stała się przedmiotem handlowego obrotu i elementem wojny gospodarczej. Oderwała się od swoich psychologicznych źródeł i stała się narzędziem gospodarczym. Prawo autorskie chroni dochody jednego innowatora i blokuje rozwój innowacji w danej dziedzinie.
Kiedy zatem mówimy o innowacyjności, trzeba koniecznie widzieć tą pojęciową rozbieżność. Inną rzeczą jest innowacyjność jako produkt intelektualny, a czym innym jako produkt handlowy. Aby to uzmysłowić, podam przykład McDonald'sa (bar szybkiej obsługi). W pomyśle tego rodzaju nie ma niczego innowacyjnego w sensie psychologicznym. Każdy może sobie wymyślić taką restaurację. Wszystko, co jest typowe dla tego typu baru, jest znane od stuleci. Nawet połączenie tych wszystkich znanych elementów też jest znane. Mamy tu do czynienia z konglomeratem znanych elementów, który zyskał przewagę nad konkurencją.
Unikalność McDonald'sa, mająca cechy transgresji typu „H", tkwi w konsekwencji handlowej i marketingowej. McDonald's to unikalna marka i iluzja wywołana w mózgach klientów. I właśnie ta iluzja jest przedmiotem handlowego obrotu.
Mówiąc zatem o innowacyjności koniecznie musimy oddzielić aspekt psychologiczny od handlowego. Psychologiczny bowiem wynika z istoty naszej osobowości i w związku z tym jest niezależnym od nas samych produktem naszego umysłu. Jako taki trudno poddaje się zewnętrznej manipulacji. To rodzaj indywidualnej zdolności, sprawności, talentu, może nawet daru. Ta indywidualna zdolność nie za bardzo daje się wprzęgnąć w korporacyjny ład, w biurokratyczne struktury. Ten najbardziej prorozwojowy aspekt naszego intelektu jest i był zawsze wolny. Tę cechę innowacyjności jako pierwszy handlowo wykorzystał Edison.
Cofnijmy się jednak kilkaset lat wcześniej. Elektor saski zamknął w więzieniu-laboratorium majstra, który w niewoli miał opracować recepturę porcelany. Po wielu latach prób i doświadczeń udało się. Europejczycy w tysiąc lat po Chińczykach także zaczęli wytwarzać porcelanę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że do innowacji można dojść poprzez przymus. Pozornie. Uparte i oparte na pewnych procedurach powtarzanie eksperymentów nie jest innowacyjnością, choć tworzy innowacje. Duża liczba przypadkowych działań przechodzi tu w jakość. Tu nie ma mowy o innowacji w rozumieniu psychologicznym. Innowacja taka jest efektem nie wspomnianego „cogito", ale dobrze zaplanowanej procedury, którą może przestrzegać wyrobnik zupełnie pozbawiony transgresyjnych talentów. To nie tyle transgresja w rozumieniu Kozieleckiego, ile raczej zaplanowany przypadek.
Pomysł saskiego elektora zamykania wyrobników w więzieniu dla dokonywania wynalazków nie był ani pierwszy, ani ostatni. Do dziś tak się dzieje w wielkich korporacjach i wielkich instytucjach badawczych, w których setki tysięcy wyrobników mozolnie i cierpliwie dokonują miliony prób, by zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa dokonywać odkryć. Z tym że to nie jest innowacyjność w intelektualnym tego słowa znaczeniu. Współczesna korporacyjna innowacyjność to przede wszystkim miliony nieudanych prób i pomysłów, które się nie sprawdziły. I tu wracamy do Edisona i jego pomysłu przemysłowego generowania innowacji.
Zanim powstała żarówka, przebadano u Edisona 10 000 rozmaitych materiałów. W efekcie włókno pierwszej „handlowej" żarówki było bambusowe!!! Dopiero Jabłoczkow zastosował wolfram, co było konsekwencją nie tyle jego intelektualnej potencji, co postępem technologii obróbki wolframu.
Naszkicowałem powyżej zaledwie fragment góry lodowej powstałej z kłopotów z innowacyjnością, a wszystko po to, by przejść do rozważania pomysłów mających pobudzać i zagospodarowywać innowacyjność.
Ma to związek z pewną dyskusją, jaką w gronie pulsowych przyjaciół wywołałem przy okazji rozmowy o złodziejskim charakterze życia z tantiem autorskich. Ja uważam tantiemy za usankcjonowane prawem złodziejstwo. Postulowałem, by prawo do tantiem mieli także inżynierowie, chirurdzy, prawnicy. Moja teza spotkała się z żywą reakcją kolegów, którzy w trakcie dalszej rozmowy wygłosili tezę, że inżynierowi płaci się za wynalazki i dlatego nie ma on prawa do tantiem. To zdaje się powszechny pogląd, który chętnie akceptuje płacenie tantiem za muzykę, a nie rozumie roszczenia do tantiem za poduszkę powietrzną w samochodzie lub odrzutowy silnik w samolocie. Warto o tym podziale na zobowiązanych i uprzywilejowanych innowatorów pamiętać, kiedy pragniemy zająć się popieraniem innowacji. No bo które innowacje popieramy: inżynierskie czy artystyczne?
Zgodnie z kognitywną koncepcją osobowości i zarazem transgresji, innowacyjność jest naturalną zdolnością człowieka. Zdolność tę, jak i każdą inną, można wzmacniać i rozwijać. Możliwości jest wiele od infrastrukturalnych po bardziej indywidualne. Poprzez specjalne instytucje, programy, modę itp. Możemy szukać innowacyjnych talentów u dzieci i odpowiednio kształcić w laboratoriach jak sportowców w halach sportowych. To bodaj najbardziej efektywny sposób sprawdzony w sporcie i w sztuce. Dlaczego zatem nie stosować go w ćwiczeniu w innowacyjności?
Niestety akurat w tej dziedzinie trafiamy na zabobon eugeniczny. Zahaczamy o niepoprawny politycznie pomysł „ulepszania" ludzi. To dziwne, że nikomu nie przeszkadza „ulepszanie" ludzi przez sport i selekcja na zdolnych i niezdolnych sportowo. Przeszkadza natomiast selekcja dzieci na te bardziej kreatywne i te mniej kreatywne. Ciekawe, dlaczego akurat dla innowacyjności ten zabobon wyciągamy jako argument. Moim zdaniem dlatego, że społeczeństwo boi się myślących inaczej.
Innowacje są czymś obiektywnym, ale nie należy być ślepym na dylematy z nimi związane. Nim zachwycimy się innowacyjnością jako taką, warto porozumieć się, czym chcemy się zachwycać. A do tego potrzebne są konkrety, a nie polityczne idee.
Krzysztof Chmielnik
© 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. | Kontakt z nami
