Obecny kryzys gospodarczy ukazuje, jaką wagę ma rynek wewnętrzny. W turystyce z rynkiem wewnętrznym powiązane jest tzw. wychowanie do turystyki. Chodzi o to, że zanim dany region będzie gotów czerpać zyski z przyjeżdżających turystów, wpierw uprawianie turystyki musi wejść w krew samym gospodarzom.
STYGMATY - Turystyka. Błądzenie bez przewodnika
Nietrudno zrozumieć, że właściciel pensjonatu lub restauracji skuteczniej wyjdzie naprzeciw potrzebom swoich gości, jeśli przedtem sam tych potrzeb doświadczył, sam będąc gościem w innym pensjonacie. Kierując się własnym doświadczeniem, okaże empatię i postara się, aby jego gościom nie brakowało tego, czego brak przeszkodził jemu samemu spędzić czas miło i sympatycznie. Niewątpliwie recepcjonistka lub pokojowa dużo dokładniej odpowie gościom na pytanie o warunki narciarskie i opisze najbliższe trasy zjazdowe, jeżeli sama uprawia narciarstwo. To samo dotyczy jazdy na rowerze, korzystania z groty solnej, podziwiania architektury, zbierania grzybów i łowienia ryb.
Jeżeli Zielona Góra ma być centrum regionu turystycznego, to jak największa ilość jej mieszkańców powinna sama uprawiać turystykę i rekreację. Nie muszą to być od razu wojaże po szerokim świecie i skoki na olimpijskiej skoczni. Do wychowania do turystyki wystarczy mała, podmiejska turystyka świąteczna. Liczy się masowość i systematyczność. Oprócz doświadczonej, przyjaznej gościom kadry turystycznej w ten sposób rozbudzimy też koniunkturę w turystycznej branży: aktywni mieszkańcy będą korzystać z tych samych urządzeń i bazy co i przyjezdni. Gdy tych ostatnich zabraknie, klientami będą miejscowi. Rynek wewnętrzny ochroni lokalne firmy przed skutkami wahań koniunktury na zewnątrz.
Do 1945 r. nasze miasto tętniło małą turystyką. Mieszkańcy mieli na północy Las Odrzański, na południu Las Broniszowski, na wschodzie jezioro Droszkowskie. Na licznych wzgórzach powstawały jak grzyby po deszczu knajpki i pensjonaty.
Las Odrzański był w jurysdykcji władz miejskich. To one wykupywały tereny nad Odrą od 1409 roku, by w końcu na pocz. XX w. zainwestować w drogi dojazdowe, ścieżki leśne i różnorodny drzewostan, stworzyć centrum turystyki i rekreacji podmiejskiej.
Las Broniszowski miał pozostać bardziej dziki i służyć miłośnikom nieco innych wrażeń. Tu przyjeżdżali ludzie nie tyle pływać kajakiem i raczyć się piwem, ale na grzyby i na jagody. Dowoziła ich tutaj kolejka szprotawska, przedsięwzięcie jak najbardziej miejskie.
Między Broniszowem a Wichowem był przystanek okazjonalny dla grzybiarzy i jagodziarzy. Z czasem, gdy moda na aktywne spędzanie czasu rozpowszechniła się, w niedziele i soboty puszczano specjalny skład pociągu rano i po południu. Ilustracją tych działań są prezentowane rozkłady jazdy. Na starszym z nich, z 1914 r., nie ma przystanku między wsiami Brunzelwaldau i Weichau. Od 1935 r. pojawia się już między nimi stacja Eichvorwerk, a do najbliższej wsi (Wichowa) w soboty i niedziele dojeżdżają z miasta dwie pary pociągów.
Dla podmiejskich turystów z Zielonej Góry i Szprotawy przy kolei szprotawskiej powstawały „gościńce kolejowe", takie jak np. w Broniszowie czy Siecieborzycach. Miasto Grünberg, jako jeden z głównych udziałowców kolei szprotawskiej, stawało się inwestorem dla tych inicjatyw, jednym z realizatorów tej polityki uaktywniania turystycznego mieszkańców.
Obecny stan prawny stawia inne priorytety w aktywizacji turystycznej mieszkańców. Miasto może wspierać instytucje i organizacje realizujące zadania pozostające w gestii samorządu, a odbywa się to poprzez ogłaszanie konkursów i wybór projektów, które będą dofinansowane. Jednym z zadań własnych Zielonej Góry jest turystyka i popularyzacja walorów krajoznawczych. Powinno być zatem tak, że organizacje i instytucje, które działają w zakresie turystyki i wychowania dla turystyki, składają wnioski i otrzymują dofinansowanie.
Niestety, władze Zielonej Góry przeznaczają na ten obszar kwotę zaledwie 23 tys. zł rocznie, tyle co niejedno miasto wielkości Świebodzina czy tak ze dwadzieścia gmin wiejskich w Polsce.
Zadania z zakresu turystyki, jej popularyzacji i organizowania w Zielonej Górze zgłasza się do konkursów w ramach kilku innych obszarów: edukacji, zdrowia, profilaktyki alkoholowej. Problem w tym, że w ogłoszeniach o konkursach w tych innych obszarach nie są ujmowane typowe formy turystyczne, później, w tajemniczy sposób, dopuszczane przez radnych.
Jako doświadczony działacz pozarządowy, stwierdzam, iż w naszym mieście dofinansowywanie działań związanych z turystyką i edukacją turystyczną jest zagmatwane, tylko wybrańcy, organizacje i ludzie dopuszczeni do tajemnic sprawowania władzy przez radnych i zarząd miasta orientują się, jakie są zasady składania wniosków i przyznawania dotacji. Oceny projektów dokonywane przez komisje, radni, wbrew odnośnej ustawie, uczynili niejawnymi. Składający wniosek i wszyscy zainteresowani nie mogą się dowiedzieć, według jakich kryteriów i jak oceniono zgłoszone wnioski.
Nie to, że władze miasta nie dostrzegają wagi turystyki. Sytuacja przypomina jednak grupę turystyczną puszczoną na wycieczkę bez przewodnika. Chaos i bałagan w warunkach ogłaszanych konkursów tworzy warunki do zagubienia się pomysłodawców najlepszych inicjatyw i do tego, że w efekcie dofinansowanie dostają nie najlepsi, a - „najlepiej poinformowani". Utajnienie oceny projektów powoduje zamęt: nie można ustalić, jakimi priorytetami kierują się władze, co tak naprawdę preferują, jaka jest merytoryczna strategia rozwoju turystyki w mieście.
Brak ogólnomiejskiego współdziałania organizatorów życia i edukacji turystycznej. Sposób wykonywania władzy uniemożliwia powstanie i funkcjonowanie platformy wymiany i koordynacji pomysłów i działań. Te powielają się, czasem są sprzeczne, nie inspirują się nawzajem i nie pozwalają się sobie rozwijać.
Niektóre są antyrynkowe, tak jak finansowanie przez miasto wynagrodzenia usług Lubuskiego Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych. Zrzeszeni w nim przewodnicy oprowadzają zielonogórskich uczniów, ale ci - klienci tych przewodników, sami nic za te usługi nie płacą. Grzech wobec społeczeństwa przyszłych usługodawców turystycznych jest zatem podwójny: raz, okłamuje się ich, że usługi przewodników są darmowe (a nie są, bo płaci za nie miasto), dwa - dzieciom wpaja się fałszywy obraz usług turystycznych, nie jako źródła wynagrodzenia pracowników sektora turystycznego (źródła utrzymania), ale jako swoistej pracy społecznej, posłannictwa. Jak potem przekonać tych młodych ludzi, że warto kształcić się na przewodnika czy hotelarza? Nie, oni przy okazji następnej wycieczki będą chcieli - nawet łamiąc przepisy prawa - uniknąć kosztu obsługi przewodnickiej. Będą tego nauczeni. Dzięki polityce miasta. A biorąc pod uwagę i to, że władze Zielonej Góry finansują w tym przypadku organizację nie zielonogórską, a zarejestrowaną w... Sulechowie, nie ma wątpliwości, iż przeważyły tu nie względy merytoryczne, a personalne...
I tak wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły, a my, w Zielonej Górze, wśród serdecznych przewodników błądzimy bez... przewodnika.
Mieczysław J. Bonisławski
© 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. | Kontakt z nami
