Mieczysław J. Bonisławski
Czy można porównywać podejście zarządu spółki kolejowej sprzed wieku do podejścia prezydenta Kubickiego i radnego Dowhana? Tak, można. Prezydent i radni należą do osób zarządzających miastem. Ponieważ wydają społeczne pieniądze, inwestują, układają budżet, są dla mnie przedsiębiorcami, a Zielona Góra - firmą. Firmą mającą służyć jej klientom, czyli mieszkańcom.
STYGMATY - Dla mieszkańców, czyli dla Mnie
Kolej szprotawska powstała, by mieszkańcom Grünbergu żyło się lepiej. Ale we wsi Hartmannsdorf nie było kasy biletowej, godzin przyjazdu na stację w Broniszowskim Lesie nie dało się znaleźć w żadnym rozkładzie jazdy, a rolnicy w miejscu swojego zamieszkania (i pracy) nie mieli gdzie nadawać płodów rolnych na przewóz do miasta.
Jak tylko znajduję dwie lub trzy pamiątki tego samego wydarzenia lub miejsca, zaraz wychodzą na jaw tajemnicze niuanse życia sprzed lat. Na pocztówce publikowanej w styczniowym Pulsie był dom podpisany „Albert Schulz Warenhaus", który - jak znawcy przedmiotu mi objaśnili - był wiejskim domem towarowym pana A. Schulza. W latach sprzed epoki TESCO i FOCUSA bywały takie w podzielonogórskich wsiach.
W kruchcie kościoła w Jarogniewicach (niem. Hartmannsdorf) wisi kopia pocztówki, na której ta sama chałupa jest już jednak podpisana „Bahnstation", czego nie trzeba tłumaczyć. Czemu jednak współczesny kronikarz, pan Witold z zasłużonego dla Ochli rodu Towpików, opisał to zupełnie inaczej: „we wsi wybudowano barak spełniający funkcję stacji i magazynu"? Czemu w aktach inwentaryzacji z 1945 r. brak takiego budynku na stacji?
Z licznych hipotez uchowała się jedna. Otóż na linii szprotawskiej dworce budowano w co drugiej wsi, w pozostałych tylko barak magazynowy. W Hartmannsdorf nie było dworca. Agencyjny punkt sprzedaży biletów prowadził A. Schulz w swoim wiejskim centrum handlowym. Być może udzielał też informacji, a czekający na pociąg mogli się posilić kufelkiem piwa. Ktoś zrobił z tego aż... Bahnstation.
W Hartmannsdorf w tym czasie zatem nie było ani dworca, ani kasy biletowej. Był magazyn na towary przesyłane koleją. Jak jednak miejscowi rolnicy nadawali swoje towary, skoro nie było tutaj typowej ekspedycji towarowej? Na ślad odpowiedzi naprowadziły mnie pewne... znaczki „pocztowe".
Znaczek, aby mnie zainteresował, musi mieć jakikolwiek związek ze szprotawską koleją. Ten miał nadruk „Kleinbahn Grünberg-Sprottau". Był zielony i ostemplowany. Autorzy strony poświęconej kolejom okolic Szprotawy uznali go za bilet na przejazd koleją. Gdzieś po roku na jednej z aukcji pojawił się taki sam znaczek, tyle że czerwony i o innym nominale. Czysty (tzn. bez stempla). Ponieważ aukcję prowadził poważny niemiecki antykwariat, poprosiłem o wyjaśnienie, co to też były za znaczki na kolei szprotawskiej.
Rzeczywiście, na linii Kleinbahn na wiejskich stacyjkach nie było ekspedycji towarowych. W kasie lub w punktach agencyjnych kupowało się marki przejazdowe, tak jak dzisiaj my kupujemy na poczcie lub w kiosku „Ruchu" znaczki na list. Taką markę naklejało się na paczkę i gdy przyjeżdżał pociąg, dawało osobie obsługującej wagon towarowy. Po nadaniu marka na paczce była stemplowana, tak jak to dzisiaj robi pani na poczcie z każdym listem.
A co ze stacją w Lesie Broniszowskim i podróżnym, który nie mógł z rozkładu jazdy przeczytać, o której pociąg tam dojedzie? Teren między Broniszowem a Wichowem to był taki drugi Oderwald, miejsce świąteczno-niedzielnego wypoczynku Grünberczyków. Dlatego umiejscowiono tutaj tzw. przystanek okazjonalny. Nie była to stacja, stąd jego brak w rozkładzie jazdy. Pociągi zatrzymywały się na żądanie podróżnych. Jeździł też specjalny pociąg wycieczkowy, ale tylko w weekendy.
Jak widać, twórcy Kleinbahn byli oszczędni, nie w głowie były im inwestycje tyleż spektakularne, służące wygodzie i splendorowi, co kapitałochłonne i niedające bezpośrednio zysku. To była mała powiatowa kolej i nie jeździł tędy Orient Express.
Zarządzający koleją wiedzieli, że najważniejsi są klienci, dla których kolej powstała i dzięki którym mogła istnieć, przynosząc zyski udziałowcom. I dlatego, gdy mieszkańcy Grünbergu upatrzyli sobie okolice Broniszowa na teren zabaw niedzielnych, dodali pociąg i umożliwili im dojazd do Lasu Broniszowskiego, choć nie było tam stacji. Z dbałości o prywatne i publiczne środki udziałowców kolei stworzyli system sprzedaży biletów i nadawania paczek może nieprzynoszący chluby przedsiębiorstwu, jako firmie w pełni samowystarczalnej, z pełną infrastrukturą i własną obsługą, ale efektywny ekonomicznie. I wygodny dla klientów.
Czy można porównywać podejście zarządu spółki kolejowej sprzed wieku do podejścia prezydenta Kubickiego i radnego Dowhana? Tak, można. Prezydent i radni należą do osób zarządzających miastem. Ponieważ wydają społeczne pieniądze, inwestują, układają budżet, są dla mnie przedsiębiorcami a Zielona Góra - firmą. Firmą mającą służyć jej klientom, czyli mieszkańcom.
O tych pierwszych był poprzedni akapit. A jak jest teraz? Kolejni prezydenci i radny Dowhan pompują środki społeczne tam, gdzie ośmiu „przyszywanych" zielonogórzan, w ramach wykonywanego zawodu, jeździ w kółko na motocyklach. Na co prezydent i radny Zielonej Góry przeznaczali dotąd pieniądze? Na wygodne siedzenia i dach nad głowami VIP-ów. Nie zrobili siedzisk dla 10 tysięcy kibiców ani toalet dla nich. VIP-y są na mecze zapraszani i częstowani szampanem. Kibice płacą duże pieniądze za bilet, tak duże, że nawet nie są w stanie przyjść na jedyną w Zielonej Górze imprezę rangi światowej.
Radny i prezydent, jak sami stwierdzają po kilka razy dziennie, działają na rzecz i dla dobra mieszkańców. To widać wyraźnie, tylko że dla nich mieszkańcy to wąskie grono władz miejskich i prezesów, czyli oni sami. Działam dla mieszkańców, czyli dla Mnie samego, prawda, panie Dowhan?
Władze spółki kolei szprotawskiej zamiast budować dworce, gdzie mogłyby częstować szampanem władze innych firm kolejowych, miast i rejencji, przekonywali takich Schulzów do agencyjnej współpracy, wymyślali marki paczkowe, a jak Grünberczycy zażyczyli sobie bawić się w Lesie Broniszowskim, po prostu im to umożliwili. Bez żadnych dodatkowych kosztów.
Władze Zielonej Góry zaczęły od zbudowania loży, w których mogą spijać szampana z innymi władzami. Gdy zielonogórzanie chcą się wysikać, panowie Kubicki z Dowhanem każą im iść za drzewo albo... Niedługo wybory, zatem pan prezydent szykuje remont stadionu, dajmy mu tylko na to pieniądze. Jak się już taki umęczony parciem kibic wysika, to i z wdzięczności odda głos na swego dobroczyńcę. Na mój głos i głos wielu zielonogórzan znacznie trudniej zasłużyć niż na głos kibica żużla. Działam dla mieszkańców, czyli dla Mnie samego, prawda, panie Kubicki?
Tym razem nie będę oględny w swoich opiniach i powiem zdecydowane NIE takim praktykom. Klub żużlowy interesuje tylko pewną część mieszkańców i niech ci go utrzymują, płacąc za bilety. Klub żużlowy jest spółką prywatną, żużlowcy zawodowcami, a ich pracodawcą - pan Dowhan, nie miasto. Jeżeli prezydent Kubicki chce znowu remontować stadion za miejskie pieniądze, niechaj też rozważy, ile prezes Dowhan będzie płacił za użytkowanie tego wyremontowanego stadionu. Opłaty te powinny przynieść miastu zysk, a zatem po kilkakroć zwrócić zainwestowane sumy. Pan Kubicki może też przeznaczyć na remont stadionu własne środki, ze swojej kolejnej kampanii wyborczej.
Mam prawo tego żądać. Nie jestem od Was gorszy, ani lepszy. Prezydencie Kubicki i radny Dowhanie, działacie dla dobra mieszkańców, czyli dla Mnie. To powiedziałem ja, Bonisławski, zielonogórzanin.
Mieczysław J. Bonisławski
© 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. | Kontakt z nami
