Rok:
Szukaj:
Dziś jest Czwartek, 2 września 2010 r.
Jesteś w: strona główna / puls / 2008 / grudzień
Mieczysław J. Bonisławski

Mieczysław J. Bonisławski

Z Andrzejem Brachmańskim polemizuje Mieczysław J. Bonisławski

Co jakiś czas wpada mi w ręce żółta gazeta zwana „Pulsem". To jedyne lubuskie wydawnictwo, które nastraja mnie, aby odpisać na przeczytany artykuł. Bez oglądania się na to, co w zaściankowym miasteczku przystoi, a za co dadzą autorytety pospołu z pospólstwem po łbie.

POLEMIKA - Czyja jest Zielona Góra?

Budowanie poczucia przynależności ludzi złączonych miejscem zamieszkania na idei państwa narodowego (polskości, niemieckości) trąci dla mnie myszką. A wysiłki polityków szczebla państwowego widzę w kontekście nie dobra obywateli, ale tego, by płacili oni podatki. Stąd to, co zaserwował nam ostatnio A. Brachmański, szatkowanie historii Zielonej Góry na okres piastowski, czeski, niemiecki i polski, wywołuje u mnie wrażenie, jakby politycy z Berlina, Pragi i Warszawy licytowali się, któremu z nich udało się ściągnąć od zielonogórzan więcej podatków.

Nie dostrzegam większych korzyści z płacenia haraczu do Warszawy niż z płacenia go do Berlina, nie widzę, jak inaczej może dziś wpływać na życie w Zielonej Górze głosowanie na posłów do Sejmu, niż na deputowanych do Bundestagu? Cóż mi po władzy w Warszawie, skoro najładniejszą willę koło zielonogórskiego dworca ma Włoch, zyski z produkcji wódki - Francuzi, z marketów - Anglicy i Francuzi, a dokąd idą pieniądze z ogłoszeń w „Gazecie Lubuskiej" nawet nie wiem.

Do tego słyszę, że dzieci od przedszkola mają uczyć się mówić po angielsku a w podstawówce już dwóch języków obcych (mnie uczono rosyjskiego i historii strajku dzieci z Wrześni). Odnoszę wrażenie, że władzy w Warszawie nic nie obchodzi życie zielonogórzan, tych, który się tu urodzili, chodzili do szkoły i też chcieliby założyć gazetę, prowadzić sklep lub sprzedawać własne wino. Nie chroni żadnych ich praw, nie wyróżnia tu na polskiej niby ziemi, w kolejce do ciasteczka bycia miejscowym, a więc bycie Polakiem, tu, niby w Polsce, nie daje żadnego pierwszeństwa.

Dla tych z Warszawy polskość w Grünbergu to tylko to, że zielonogórzanie zapłacą odpowiednio dużo podatków, dla nich, do Warszawy, a nie do innej stolicy. Stąd czytając o rozterkach A. Brachmańskiego, widziałem w nim nie dziennikarza, nie zielonogórzanina, a polityka z Warszawki, bojącego się o to, że gdyby region przeszedł do Niemiec, oni, tam w Warszawie, mieliby mniej kasy na swoje sprawy. Przytaczana przez pana Andrzeja historia pokazuje, że polskość, niemieckość zielonogórzanom przydawała tylko bólu. Gdy politykom w stolicach zachciało się wojen i przesuwania granic, miliony ludzi musiało opuścić swoją ojcowiznę i iść na poniewierkę.

Do Grünberczyków sprzed 1945 czuję wyłącznie wdzięczność i szacunek za park na Wzgórzach Piastowskich, Wieżę Braniborską, Ogród Botaniczny i starówkę. Zrobili to, co i ja bym zrobił, stąd myślimy i potrzebujemy podobnie i dlatego czuję z nimi więź, przynależność do jednej zielonogórskiej społeczności. To właśnie Oni, zielonogórzanie (z niemiecka Grünberczycy), zbudowali sobie kolej do Szprotawy (państwo pruskie nie widziało w tym interesu), zagospodarowali Las Odrzański i Wzgórze Braniborskie. Państwo niemieckie potrafiło jedynie wywołać wojnę, którą zresztą potem przegrało. A państwo polskie potrafiło przepędzić ich za Odrę. Czyż budowniczy szklano-aluminiowego monstrum naprzeciwko Urzędu Miasta, grający w zielonogórskich szóstkach piłkarskich, tak tutaj zadomowiony, myśli o Zielonej Górze po włosku? A może powinien?

Panie Andrzeju, Grünberg i Zielona Góra to jedno i to samo miasto. Nie powinno się go dzielić, tak jak nie powinno się nikogo zeń wypędzać. Przy dobrym gospodarowaniu znajdzie się miejsce dla wszystkich, którzy chcą tu żyć, pracować, wychowywać dzieci. Jakże mówić o innym mieście, mieście nie winiarki Emmy, Foersterów, Baucholtza, jeżeli modlimy się w kościele zbudowanym przez siostrę jednego, jemy pizzę w kamienicy drugiego, a przecież - jako Polacy - nie postawiliśmy nawet jednej cegły na deptaku, na którym się bawimy?

To nasze wspólne miasto, nazywane tylko inaczej w różnych językach naszych matek. Tylko ktoś, kto tu nie żyje, nie przyjaźni się z sąsiadami, nie pracuje ramię w ramię, a tylko zbiera podatki do Warszawy, może dzielić moje miasto na okres, gdy jego poprzednicy żyli z zielonogórskich podatków i na okres, kiedy ich nie zbierali. Jakże przyjdzie żyć bez poczucia trwałości naszego tutaj bytowania? Dwa, trzy, cztery różne miasta, czy to oznacza, że to, co dziś stworzymy, za chwilę przestanie mieć znaczenie?

Na takim poczuciu tymczasowości nie można nic zbudować, można tylko się bać... Jestem przekonany, że Baucholtz, fundując kościół Zbawiciela, chciał, aby służył on ludziom tutaj mieszkającym, aby o nim pamiętali, sławili jego dobroczynność. Nie sądzę, aby obraził się na to, że modlą się w nim dzisiaj potomkowie rodzin, których on nie znał. Są to nadal mieszkańcy tego samego miasta między Odrą a Śląską Ochlą. Dzisiaj budujemy dla przyszłych pokoleń, niezależnie od tego, jacy ludzie będą je tworzyć. Klęską pojedynczego człowieka nie jest to, że jego następcy nie dorównują jego oczekiwaniom, ale to - że tych następców nie ma w ogóle.

Mówiąc o kilku miastach, wypędzamy stąd Niemców po raz kolejny, a jednocześnie dokładnie to samo szykujemy sobie samym. Nasi następcy mogą kiedyś oddzielić miasto Kubickiego od miasta Kogoś Tam i wypędzić nas z pamięci i tradycji Zielonej Góry, wymazać z kart. Skoro można dzielić ze względu na przynależność polityczną do różnych państw, to czemu nie można dzielić i inaczej (szczególnie, że za kilka lat taki podział na państwa będzie niezrozumiały). A jak tłumaczyć młodym ludziom potrzebę współodpowiedzialności za miasto, za ludzi, nie mogąc odwoływać się do tradycji wytworów materialnych, wśród których żyjemy?

Niemi świadkowie i sędziowie naszych czynów oraz czynów naszych poprzedników i naszych następców są tym poważniejsi, im trwalsi, starsi. Odwołanie do długowiekowej tradycji tworzy głębsze i łatwiej przyswajalne wartości. Z punktu widzenia psychologii i teorii wychowania, możność odwoływania się do starszych (niemieckich) tradycji regionu i miejscowej kultury jest dla nas nie do przecenienia. Po co zresztą zubażać się, wyrzucać na śmietnik rzeczy wartościowe, czyż nie lepiej je przyswoić i wykorzystać dla naszego własnego dobra? Nie mówmy, iż tamto miasto było innym miastem, korzystajmy z ciągłości tradycji i doświadczeń, ze skarbnicy lokalnych wartości, obyczajów, sztuki, czerpmy nieocenione bogactwo niematerialne, skoro istnieje.

Dla ludzi, jak sadzę, nie ma znaczenia, do której stolicy idą podatki. Nie jest istotne, czy pracodawca pochodzi z zimnej Skandynawii, czy z ciepłej Italii. Istotne jest, aby był uczciwy i gospodarny, dał pracę i za nią rzetelnie płacił. Ważne jest, by sąsiad wybrany na radnego lub prezydenta miasta dbał o budowę basenu, zachowanie parków i ciekawe Winobranie. Otwarte do północy kawiarnie, racjonalne wydawanie miejskich pieniędzy i miejsca w przedszkolach. To wszystko można osiągnąć, budując lokalne więzi, miłość i przywiązanie do swojego miasta, odpowiedzialność za jego losy.

Nie dzielmy tylko mieszkańców na biednych i bogatych, Polaków i nie-Polaków, ani jego losów, gdyż te są jedne. Tak jak i jedni są zielonogórzanie - ludzie miłujący Zieloną Górę (odmienianą w językach), tęskniący do niej i chcący tu wracać. Jeżeli tylko nie będą przy niej gmerać wszelkiej maści politycy, da się tu żyć, bawić, uczyć, pracować i gospodarzyć.

Spokój, życiowe zadowolenie z bycia u siebie daje silne przywiązanie do własnej ojcowizny. Dlatego przypominam, iż 11 listopada to dzień zakończenia I wojny światowej, dzień w którym mieszkańcy Zielonej Góry zaczęli wracać do domów, do przyjaciół, do swojej pracy. Niezależnie dokąd wracali: do Grünbergu czy do Środy pod Poznaniem albo do Myślenic pod Krakowem, ich przeżycia, marzenia, tragedie były jednakie, były takie, jakich doznawał wrzucony do okopów mężczyzna.

Ta jedność odczuwania to podstawa jedności Grünbergu z Zieloną Górą. A im mniej polityków, tego podziału na polskość - niemieckość, tym rzadziej będziemy opuszczać ukochane miejsca, ludzi, tym mniej będziemy mieli nieprzyjaciół, których każą nam zabijać w imię owej polskości - niemieckości. Wierzę, że Europa pójdzie w kierunku likwidacji klasy próżniaczej polityków w Warszawie i Berlinie, w miejsce wielu deputowanych i ministrów pozostanie paru, w jednej tylko Brukseli, a nami, tu w Zielonej Górze, będzie zarządzać uczciwy, mianowany przez nas samych prezydent miasta.
A na mapie Europy na południe od Odry będzie miasto z nazwą podawaną w najważniejszych językach europejskich, znaczącą w każdym jedno i to samo - miasto winiarzy i kabareciarzy oraz innych ludzi czujących z nim więź, mówiących różnymi językami, ale czujących się tutaj u siebie i głęboko współodpowiedzialnych za to, jak tu się wszystkim chcącym tu żyć żyje.

A Zielona Góra na pewno nie należy do polityków - poborców podatków w Warszawie czy Berlinie. Jest nasza, wszystkich, którzy czują się zielonogórzanami, Grünberczykami i jak tam nas zwał jeszcze...

Mieczysław J. Bonisławski

drukujpowrót»

ctinet.pl - hosting, poczta, domeny, webdesign © 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone.  |  Kontakt z nami