maj 2004    

MIASTO i JA - Nasi w wielkim świecie
powrót »

  MIASTO i JA
Mam dość oryginalne obyczaje: nie chadzam na wieczory poetyckie, nie widuję poetów, nie bywam na kabaretowych występach. Krótko mówiąc, staram się nie wnikać w środowisko. Dlatego jestem autorem tego i owego na temat SKY PIASTOWSKIE i efemerydy zwanej ZIELONOGÓRSKIM ZAGŁĘBIEM KABARETOWYM.

Jacek Uglik
Nasi w wielkim świecie

O KABARECIE.
O Zielonej Górze powiedziano dzięki działającym tutaj kabaretom dużo i dobrze. Miła jest świadomość, że z Zielonej Góry wywodzi się najlepszy polski kabaret zaraz po Laskowiku, czyli POTEM - pod dowództwem pana nazwiskiem Sikora (taki chudy i niewyraźnie gadający), któremu pomocą służyli: pan Gancarz (taki gruby, kiedyś z brodą; dzisiaj chyba bez, i na dodatek posiadacz); pan Kamys (taki, co to nie umie na miejscu usiedzieć i kolejne formacje zakłada); pan Jenek (taki mizerny); pani Matysik alias Kołaczkowska (ta, co grała kapturki i brzydkie królewny). W kabarecie POTEM teksty produkowali Sikora, Matysik i Kamys, ale Sikora najwięcej. On ferajnę, na podobieństwo Ukochanego Przywódcy, trzymał krótko. I ferajna trzymana krótko weszła na szczyt. Suma: kabaret POTEM był świetny.
Czy powyższa okoliczność uprawnia jednak do twierdzeń o Zielonogórskim Zagłębiu Kabaretowym? Eeeeee… - jak to mówią w Sejmie. Dobrą formację i dobrą robotę poznaje się po osobowościach. Czy inne kabarety: Ciach, Grzegorz Halama, Jurki, Made in China, Słuchajcie, Szum - wchodzące w skład ZZK mają osobowości? Halamę wykluczam z tego grona, bo on nie stąd. Zostaje więc pięć sztuk, z których wyróżnia się właściwie jeden: CIACH. A wartościowym podzespołem tegoż jest Tomasz Kowalski, historyczny zielonogórski historyk. Wartościowy był też Magier Adam, ale już go nie ma, więc jest smutno. Kiedyś będąc unoszonym na fali histerii, też uwierzyłem w twór zwany Zielonogórskim Zagłębiem Kabaretowym, ale co się okazuje?
Głównym tekściarzem i reżyserem formacji Ciach został Dariusz Kamys! Po Ciachu nie ma już właściwie kogo wyróżnić, bo reszta kabaretów po prostu jest, a to chyba za mało żeby rozsiewać po świecie plotki o Zagłębiu. Co prawda w międzyczasie pojawiło się na scenie coś dobrego, co nazywało się HiFi, ale składało się z Halamy i znowu Kamysa, czyli staroci w czystym odzieniu. HiFi już się rozeszło, a Kamys… próbuje dalej. Do życia powołał kabaret HRABI i najpewniej z miejsca twór ów przebije tych, którzy stanowią tło, a podłączyli się pod ZZK. Suma: z jednej strony wesoło, ale z drugiej smutno - jest Sikora, który czuwa; jest Kamys, który pisze i zakłada, i rozwiązuje; jest Halama, który się nie liczy, bo on nie stąd. A trzy osoby, z których jedna się nie liczy, bo nie stąd, to chyba za mało, żeby stworzyć Zagłębie.
Ale się dzieje. Powstają filmy. Ostatni, wokół którego było nieco zamieszania zatytułowano Baśń o ludziach stąd. Film ów zebrał garść nagród, w tym główną w konkursie Kina Niezależnego w TVP. I ja sobie ten film obejrzałem i się rozczarowałem. Jest słaby. Obrazów rywalizujących z Baśnią… nie dane mi było niestety ujrzeć, niemniej główny dla Sikory i ferajny laur pokazuje, że poziom musiał być mierny. Do innego spojrzenia na świat niezależnych próbował mnie skłonić Roman Sapeńko, filmowy krytyk. Jemu film się podobał, bo on stosuje dwie miary do świata kina.
Coś, co jest fatalne w środowisku zależnych (np. w oczach jakiegoś Almodovara), jest całkiem do rzeczy w środowisku niezależnych. Ja się na podobny podział nie zgadzam i oceniam Baśń tak, żeby kiedyś móc, przy okazji, spojrzeć w twarz Carlosowi Saurze (na przykład). Z tej perspektywy, z perspektywy Kina będącego Sztuką, Baśń jest filmem przeciętnym, nudnym (a tłumaczenie, że zrobiono Baśń za grosze i w dwa tygodnie przechodzi obok mnie; czego to niby miałoby dowodzić? Że gdyby pieniędzy było więcej, to film byłby mniej nudny? Eeeee…). Ale dzieło Sikory Władysława zwycięża w konkursach. I tutaj pojawia się pytanie o poziom tych konkursów i naszego kina. Ale to temat na inną… baśń.
Nie chcąc części o Zielonogórskim Zagłębiu Kabaretowym, a właściwie o kabarecie POTEM, a właściwie o Sikorze Władysławie, kończyć smutno, przywołam anegdotę zerżniętą ze strony www.kabaretpotem.art.pl
"Otóż, była FAMA, czasy głębokiej komuny. Kabaret Potem z grupą znajomych mieszkał w namiocie wojskowym (w tamtych czasach tak kwaterowano na tym festiwalu); grali na gitarach, śpiewali i, jak to młodzi, porządni ludzie, upijali się. Do namiotu wpadła ekipa, zapowiadając wejście ówczesnego ministra Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby niczego nie zmieniać, ma być luz, młodzieżowo...

Kabaret Potem nie był zadowolony, zwłaszcza że do namiotu wpadli kolesie z reflektorami i kamerami, bezczelnie nagrywając wszystko i wszystkich. Za nimi wszedł Kwaśniewski i zaczął drętwą, szalenie młodzieżową gadkę. Powiedział, żeby się nie przejmowali, mogą nadal śpiewać, bo on też śpiewa, więc nieobce są mu te klimaty, po czym usiadł na łóżku jednego z Potemów, a łóżko się złamało. Kwachu poleciał na ziemię i tyle było z reportażu. Czmychnęli czym prędzej do innej młodzieży. Tak oto Kwaśniewski złamał łóżko kabaretowi Potem. Aha, w nerwach zostawili wódkę".

O FILMIE.
Czy taka mianowicie okoliczność, że zrobię film za 4 tys. zł (więc za darmo) uprawnia mnie do nadawania sobie etykietek KINO AMBITNE, KINO NIEZALEŻNE? Tę drugą od biedy mógłbym sobie nosić - bo, jak powiedział Krzysztof Czarkowski z grupy filmowej Sky Piastowskie: "kino niezależne wiąże się z tym, że reżyser i aktorzy robią to, co naprawdę chcą". I w porządku. Ale co to kogo obchodzi, że film został zrobiony za 4 tys. zł? Jeśli jest słaby, to na śmietnik z nim - oto dygresja ogólniejsza. Zgodzi się z nią pewnie Grzegorz Lipiec (też Sky Piastowskie), który w jednym z wywiadów rzekł: "Film jest dobry albo zły. Jeśli się nie wiercę w fotelu, to jest OK." Widać stąd, że reżyser stosuje do filmów jedną miarę. Czyli do pewnego momentu jedziemy na tym samym wózku.
Pamiętam premierę obrazu pt. Że życie ma sens w zielonogórskiej Newie. Tłumy ludzi. Wszystkie miejsca zajęte! Szał! Zasiedliśmy z żoną w pierwszym rzędzie. Spektakl się rozpoczął i... nie minęła godzina, jak się z Newy wynieśliśmy. Cóż to za gniot, wokół którego tyle rabanu narobiono?
Później już nie widziałem niczego, co wyszło spod ręki Sky Piastowskie. Dziwnym jednak zrządzeniem losu w Polsce zaczęło być głośno wokół Że życie ma sens. I nie dlatego, że film ów prezentuje jakąś wyjątkową wartość, ale z uwagi na temat (narkotyki) i sposób, w jaki ów temat omówiono, a podobnież omówiono ze znawstwem. Rzecz więc do małolatów trafiała, ponieważ: czytelna jest dla nich różnica między blantem a blatem; żyją na blokowiskach. Z tych samych powodów film zwrócił uwagę szmatławego pisma, jakim była Machina. Dobremu chłopakowi takiemu jak ja, który narkotyki zna tylko z książek i wychowywał się na wsi, Że życie ma sens nie mówi nic. Dziwią go natomiast absurdalne eseje podobne opublikowanemu w krakowskim piśmie Ha!art, gdzie autor całkiem swobodnie i bez zażenowania porównuje dzieła tzw. kina niezależnego z dokonaniami reżyserskimi Kolskiego i aktorskimi Zapasiewicza. Porównanie nie tyle bezczelne, co durne. Obrazą dla Wielkiego Reżysera i Wielkiego Aktora byłoby podjęcie w jakikolwiek sposób polemiki z eseistą Ha!artu.
Żeby było jasne: nie neguję w żadnym razie działań Sky Piastowskie. Niech dalej robią filmy, ale w głoszeniu sądów trzeba znać umiar. Film narobił hałasu, bowiem okazał się zjawiskiem, ciekawostką i pewnie materiałem pracy dla socjologa. Kina w nim niewiele: nudny (chyba że, jak wspomniałem, jest się małolatem z blokowiska - a w Polsce tych wiele - i zna świat narkotyków z doświadczenia), rozwlekły, z jałowymi dialogami aktorów-amatorów, jakie usłyszeć można w każdym kultowym młodzieżowym klubie, ot choćby w jakichś 4 Różach zlokalizowanych gdziekolwiek bądź w kraju. Prawdziwość czy też naturalność, o której zwolennicy filmu Że życie ma sens dyskutują, bierze się stąd, że bliski jest on dokumentowi; ot, wpadli chłopaki z kamerą do przysłowiowych 4 Róż i tam na żywca zdjęli gadaninę zamroczonych alkoholem albo narkotykami delikwentów. To widać w zachwytach widzów; istota ich rozmów sprowadza się do takiego oto pytania tajemniczej Zuzy: "jak kręciliście sceny z narkotykami? Vincent miał wyraźnego speeda w oczach, więc nie mówcie, że to był cukier puder". W pewnych kręgach wystarczy to do uznania filmu za kultowy. Ja jednak jestem poza tym kręgiem i dla mnie Że życie ma sens jest obrazem NUDNYM.
Tak czy siak (i tu następuje wątek miły Naczelnemu Pulsu, bo posiadający znamiona dialogu, czyli próba rozmowy autora ze światem zewnętrznym) - Zielona Góra ma coś do zaoferowania światu. Nie ma już co prawda kabaretu Potem, ale jest Sikora, który trzyma środowisko za twarz i o tymże środowisku się mówi. Jest Sky Piastowskie, dostrzeżone przez media i publiczność, grupa, która nie mając dyplomów szkół filmowych, potrafiła wydać na świat dzieło, o którym się w taki czy inny sposób mówi. Jest wreszcie koncertujący w kraju i za granicą WITCHMASTER (Krzysiu, pozdrawiam!), choć to temat z zupełnie innej bajki. Oni wszyscy są, pokazują światu efekty swej roboty, a przez to mówi się o Zielonej Górze, czego wielu zawistnych matołów zazdrości naszemu Niewinnemu Miastu.

Jacek Uglik