|
MIASTO i JA
Mam dość oryginalne obyczaje: nie chadzam na wieczory poetyckie, nie widuję
poetów, nie bywam na kabaretowych występach. Krótko mówiąc, staram się
nie wnikać w środowisko. Dlatego jestem autorem tego i owego na temat
SKY PIASTOWSKIE i efemerydy zwanej ZIELONOGÓRSKIM ZAGŁĘBIEM KABARETOWYM.
Jacek Uglik
Nasi w wielkim świecie
O KABARECIE.
O Zielonej Górze powiedziano dzięki działającym tutaj kabaretom dużo i
dobrze. Miła jest świadomość, że z Zielonej Góry wywodzi się najlepszy
polski kabaret zaraz po Laskowiku, czyli POTEM - pod dowództwem pana nazwiskiem
Sikora (taki chudy i niewyraźnie gadający), któremu pomocą służyli: pan
Gancarz (taki gruby, kiedyś z brodą; dzisiaj chyba bez, i na dodatek posiadacz);
pan Kamys (taki, co to nie umie na miejscu usiedzieć i kolejne formacje
zakłada); pan Jenek (taki mizerny); pani Matysik alias Kołaczkowska (ta,
co grała kapturki i brzydkie królewny). W kabarecie POTEM teksty produkowali
Sikora, Matysik i Kamys, ale Sikora najwięcej. On ferajnę, na podobieństwo
Ukochanego Przywódcy, trzymał krótko. I ferajna trzymana krótko weszła
na szczyt. Suma: kabaret POTEM był świetny.
Czy powyższa okoliczność uprawnia jednak do twierdzeń o Zielonogórskim
Zagłębiu Kabaretowym? Eeeeee
- jak to mówią w Sejmie. Dobrą formację
i dobrą robotę poznaje się po osobowościach. Czy inne kabarety: Ciach,
Grzegorz Halama, Jurki, Made in China, Słuchajcie, Szum - wchodzące w
skład ZZK mają osobowości? Halamę wykluczam z tego grona, bo on nie stąd.
Zostaje więc pięć sztuk, z których wyróżnia się właściwie jeden: CIACH.
A wartościowym podzespołem tegoż jest Tomasz Kowalski, historyczny zielonogórski
historyk. Wartościowy był też Magier Adam, ale już go nie ma, więc jest
smutno. Kiedyś będąc unoszonym na fali histerii, też uwierzyłem w twór
zwany Zielonogórskim Zagłębiem Kabaretowym, ale co się okazuje?
Głównym tekściarzem i reżyserem formacji Ciach został Dariusz Kamys! Po
Ciachu nie ma już właściwie kogo wyróżnić, bo reszta kabaretów po prostu
jest, a to chyba za mało żeby rozsiewać po świecie plotki o Zagłębiu.
Co prawda w międzyczasie pojawiło się na scenie coś dobrego, co nazywało
się HiFi, ale składało się z Halamy i znowu Kamysa, czyli staroci w czystym
odzieniu. HiFi już się rozeszło, a Kamys
próbuje dalej. Do życia powołał
kabaret HRABI i najpewniej z miejsca twór ów przebije tych, którzy stanowią
tło, a podłączyli się pod ZZK. Suma: z jednej strony wesoło, ale z drugiej
smutno - jest Sikora, który czuwa; jest Kamys, który pisze i zakłada,
i rozwiązuje; jest Halama, który się nie liczy, bo on nie stąd. A trzy
osoby, z których jedna się nie liczy, bo nie stąd, to chyba za mało, żeby
stworzyć Zagłębie.
Ale się dzieje. Powstają filmy. Ostatni, wokół którego było nieco zamieszania
zatytułowano Baśń o ludziach stąd. Film ów zebrał garść nagród, w tym
główną w konkursie Kina Niezależnego w TVP. I ja sobie ten film obejrzałem
i się rozczarowałem. Jest słaby. Obrazów rywalizujących z Baśnią
nie
dane mi było niestety ujrzeć, niemniej główny dla Sikory i ferajny laur
pokazuje, że poziom musiał być mierny. Do innego spojrzenia na świat niezależnych
próbował mnie skłonić Roman Sapeńko, filmowy krytyk. Jemu film się podobał,
bo on stosuje dwie miary do świata kina.
Coś, co jest fatalne w środowisku zależnych (np. w oczach jakiegoś Almodovara),
jest całkiem do rzeczy w środowisku niezależnych. Ja się na podobny podział
nie zgadzam i oceniam Baśń tak, żeby kiedyś móc, przy okazji, spojrzeć
w twarz Carlosowi Saurze (na przykład). Z tej perspektywy, z perspektywy
Kina będącego Sztuką, Baśń jest filmem przeciętnym, nudnym (a tłumaczenie,
że zrobiono Baśń za grosze i w dwa tygodnie przechodzi obok mnie; czego
to niby miałoby dowodzić? Że gdyby pieniędzy było więcej, to film byłby
mniej nudny? Eeeee
). Ale dzieło Sikory Władysława zwycięża w konkursach.
I tutaj pojawia się pytanie o poziom tych konkursów i naszego kina. Ale
to temat na inną
baśń.
Nie chcąc części o Zielonogórskim Zagłębiu Kabaretowym, a właściwie o
kabarecie POTEM, a właściwie o Sikorze Władysławie, kończyć smutno, przywołam
anegdotę zerżniętą ze strony www.kabaretpotem.art.pl
"Otóż, była FAMA, czasy głębokiej komuny. Kabaret Potem z grupą znajomych
mieszkał w namiocie wojskowym (w tamtych czasach tak kwaterowano na tym
festiwalu); grali na gitarach, śpiewali i, jak to młodzi, porządni ludzie,
upijali się. Do namiotu wpadła ekipa, zapowiadając wejście ówczesnego
ministra Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby niczego nie zmieniać, ma być
luz, młodzieżowo...
|
Kabaret Potem nie był zadowolony, zwłaszcza że do namiotu wpadli kolesie
z reflektorami i kamerami, bezczelnie nagrywając wszystko i wszystkich.
Za nimi wszedł Kwaśniewski i zaczął drętwą, szalenie młodzieżową gadkę.
Powiedział, żeby się nie przejmowali, mogą nadal śpiewać, bo on też śpiewa,
więc nieobce są mu te klimaty, po czym usiadł na łóżku jednego z Potemów,
a łóżko się złamało. Kwachu poleciał na ziemię i tyle było z reportażu.
Czmychnęli czym prędzej do innej młodzieży. Tak oto Kwaśniewski złamał
łóżko kabaretowi Potem. Aha, w nerwach zostawili wódkę".
O FILMIE.
Czy taka mianowicie okoliczność, że zrobię film za 4 tys. zł (więc za
darmo) uprawnia mnie do nadawania sobie etykietek KINO AMBITNE, KINO NIEZALEŻNE?
Tę drugą od biedy mógłbym sobie nosić - bo, jak powiedział Krzysztof Czarkowski
z grupy filmowej Sky Piastowskie: "kino niezależne wiąże się z tym,
że reżyser i aktorzy robią to, co naprawdę chcą". I w porządku. Ale
co to kogo obchodzi, że film został zrobiony za 4 tys. zł? Jeśli jest
słaby, to na śmietnik z nim - oto dygresja ogólniejsza. Zgodzi się z nią
pewnie Grzegorz Lipiec (też Sky Piastowskie), który w jednym z wywiadów
rzekł: "Film jest dobry albo zły. Jeśli się nie wiercę w fotelu,
to jest OK." Widać stąd, że reżyser stosuje do filmów jedną miarę.
Czyli do pewnego momentu jedziemy na tym samym wózku.
Pamiętam premierę obrazu pt. Że życie ma sens w zielonogórskiej Newie.
Tłumy ludzi. Wszystkie miejsca zajęte! Szał! Zasiedliśmy z żoną w pierwszym
rzędzie. Spektakl się rozpoczął i... nie minęła godzina, jak się z Newy
wynieśliśmy. Cóż to za gniot, wokół którego tyle rabanu narobiono?
Później już nie widziałem niczego, co wyszło spod ręki Sky Piastowskie.
Dziwnym jednak zrządzeniem losu w Polsce zaczęło być głośno wokół Że życie
ma sens. I nie dlatego, że film ów prezentuje jakąś wyjątkową wartość,
ale z uwagi na temat (narkotyki) i sposób, w jaki ów temat omówiono, a
podobnież omówiono ze znawstwem. Rzecz więc do małolatów trafiała, ponieważ:
czytelna jest dla nich różnica między blantem a blatem; żyją na blokowiskach.
Z tych samych powodów film zwrócił uwagę szmatławego pisma, jakim była
Machina. Dobremu chłopakowi takiemu jak ja, który narkotyki zna tylko
z książek i wychowywał się na wsi, Że życie ma sens nie mówi nic. Dziwią
go natomiast absurdalne eseje podobne opublikowanemu w krakowskim piśmie
Ha!art, gdzie autor całkiem swobodnie i bez zażenowania porównuje dzieła
tzw. kina niezależnego z dokonaniami reżyserskimi Kolskiego i aktorskimi
Zapasiewicza. Porównanie nie tyle bezczelne, co durne. Obrazą dla Wielkiego
Reżysera i Wielkiego Aktora byłoby podjęcie w jakikolwiek sposób polemiki
z eseistą Ha!artu.
Żeby było jasne: nie neguję w żadnym razie działań Sky Piastowskie. Niech
dalej robią filmy, ale w głoszeniu sądów trzeba znać umiar. Film narobił
hałasu, bowiem okazał się zjawiskiem, ciekawostką i pewnie materiałem
pracy dla socjologa. Kina w nim niewiele: nudny (chyba że, jak wspomniałem,
jest się małolatem z blokowiska - a w Polsce tych wiele - i zna świat
narkotyków z doświadczenia), rozwlekły, z jałowymi dialogami aktorów-amatorów,
jakie usłyszeć można w każdym kultowym młodzieżowym klubie, ot choćby
w jakichś 4 Różach zlokalizowanych gdziekolwiek bądź w kraju. Prawdziwość
czy też naturalność, o której zwolennicy filmu Że życie ma sens dyskutują,
bierze się stąd, że bliski jest on dokumentowi; ot, wpadli chłopaki z
kamerą do przysłowiowych 4 Róż i tam na żywca zdjęli gadaninę zamroczonych
alkoholem albo narkotykami delikwentów. To widać w zachwytach widzów;
istota ich rozmów sprowadza się do takiego oto pytania tajemniczej Zuzy:
"jak kręciliście sceny z narkotykami? Vincent miał wyraźnego speeda
w oczach, więc nie mówcie, że to był cukier puder". W pewnych kręgach
wystarczy to do uznania filmu za kultowy. Ja jednak jestem poza tym kręgiem
i dla mnie Że życie ma sens jest obrazem NUDNYM.
Tak czy siak (i tu następuje wątek miły Naczelnemu Pulsu, bo posiadający
znamiona dialogu, czyli próba rozmowy autora ze światem zewnętrznym) -
Zielona Góra ma coś do zaoferowania światu. Nie ma już co prawda kabaretu
Potem, ale jest Sikora, który trzyma środowisko za twarz i o tymże środowisku
się mówi. Jest Sky Piastowskie, dostrzeżone przez media i publiczność,
grupa, która nie mając dyplomów szkół filmowych, potrafiła wydać na świat
dzieło, o którym się w taki czy inny sposób mówi. Jest wreszcie koncertujący
w kraju i za granicą WITCHMASTER (Krzysiu, pozdrawiam!), choć to temat
z zupełnie innej bajki. Oni wszyscy są, pokazują światu efekty swej roboty,
a przez to mówi się o Zielonej Górze, czego wielu zawistnych matołów zazdrości
naszemu Niewinnemu Miastu.
Jacek Uglik
|